4 sierpnia 2017

dziś

Przebudziłam się przed siódmą.

Sama, bez brutalnie wyrywającego ze snu dźwięku budzika,

bez pomocy wzywającego rozpaczliwym głosem dziecka w przedziale wiekowym 0-4,

podczas wakacji, gdy nie muszę być nigdzie na czas. W zasadzie nic nie muszę.

Wstawiłam czajnik z wodą, wycisnęłam do ulubionego kubka połówkę cytryny.

Zniknęłam z łazience, przemyłam twarz chłodną wodą, spryskałam mgiełką i nałożyłam ulubiony krem.

Stąpam boso po podłodze, jestem cichutko, zza otwartego okna dochodzą odgłosy miasta.

Siadam na kanapie, popijam gorący napój, w głowie układam myśli,

planuję dzień, który tak naprawdę dopiero się zacznie, za chwilkę…

W dużej mierze to ja jestem jego reżyserem.

 

Wczoraj, siedząc na ławce w parku, odbyłam rozmowę z moim synem.

O nieuchronności odchodzenia, o tym, że każdy z nas ma swój limit czasu..

Postanowiłam sobie, że będę o tym pamiętać każdego poranka,

od momentu, gdy otworzę oczy, aż po chwilę,

gdy zmęczona wieczorem będę je zamykać.

Będę pamiętać o tym latem, gdy słońce wszystko ułatwia i sprawia, że się po prostu chce,

ale też pochmurną jesienią, gdy deszcz będzie utrudniał drogę powrotną z pracy.

 

żyj tak, jakby jutra miało nie być…

 

Tags :