4 sierpnia 2017

dziś

Przebudziłam się przed siódmą.

Sama, bez brutalnie wyrywającego ze snu dźwięku budzika,

bez pomocy wzywającego rozpaczliwym głosem dziecka w przedziale wiekowym 0-4,

podczas wakacji, gdy nie muszę być nigdzie na czas. W zasadzie nic nie muszę.

Wstawiłam czajnik z wodą, wycisnęłam do ulubionego kubka połówkę cytryny.

Zniknęłam z łazience, przemyłam twarz chłodną wodą, spryskałam mgiełką i nałożyłam ulubiony krem.

Stąpam boso po podłodze, jestem cichutko, zza otwartego okna dochodzą odgłosy miasta.

Siadam na kanapie, popijam gorący napój, w głowie układam myśli,

planuję dzień, który tak naprawdę dopiero się zacznie, za chwilkę…

W dużej mierze to ja jestem jego reżyserem.

 

Wczoraj, siedząc na ławce w parku, odbyłam rozmowę z moim synem.

O nieuchronności odchodzenia, o tym, że każdy z nas ma swój limit czasu..

Postanowiłam sobie, że będę o tym pamiętać każdego poranka,

od momentu, gdy otworzę oczy, aż po chwilę,

gdy zmęczona wieczorem będę je zamykać.

Będę pamiętać o tym latem, gdy słońce wszystko ułatwia i sprawia, że się po prostu chce,

ale też pochmurną jesienią, gdy deszcz będzie utrudniał drogę powrotną z pracy.

 

żyj tak, jakby jutra miało nie być…

 

31 lipca 2017

8

Jutro lipiec będzie już tylko wspomnieniem.

To był wspaniały czas, pełen niesamowitej energii, spotkań i uścisków, uśmiechniętych oczu,

rozmów, dobrego jedzenia.

Dni, które dały mi poczucie, że gromadzę wokół siebie ludzi, dla których jest miejsce w moim sercu,

i dla których ja jestem ważna.

 

Czuję w sobie gotowość na sierpień, który czuć wieczorami w powietrzu.

Cieszę się na powitanie sezonu dyniowego, ciasta drożdżowego ze śliwkami,

gotowanej kukurydzy, krótkiego urlopu nad polskim morzem, święta ceramiki bolesławieckiej.

Malutkimi krokami nastrajam się na nadchodzącą jesień,

gromadzę lakiery do paznokci z jej palety kolorów,

a w mojej szafie pojawia się płaszcz i ciepły szal na chłodniejsze dni.

 

Doceniam rytm natury, to, że wszystko ma swój czas.

Nie chcę niczego przyspieszać, chcę chłonąć wszystko to, za czym za chwilę będę tęsknić.

 

 

27 lipca 2017

siła

Uwielbiam otaczać się kobietami. Tymi szczególnie bliskimi mojemu sercu.

Niezależnie od częstotliwości naszych spotkań.

Uwielbiam chłonąć ich energię, czerpać z doświadczeń.

Uwielbiam zadawać pytania,słuchać o tym, co czyni je pewnymi siebie.

Uwielbiam przyglądać się gestom, które towarzyszą im podczas dyskusji.

Uwielbiam dostrzegać ich zmysłowość, odsłonięty obojczyk, gołe stopy wystające spod zwiewnej sukienki,

pomalowane paznokcie delikatnych dłoni, niedbale związane w warkocz włosy…

Uwielbiam mieć poczucie, że jestem składową kręgu, w którym umacnia się nasza więź, w którym każda jest

wyjątkowa, inspirująca, ważna.

Każda jest Siłą.

24 lipca 2017

tu i teraz

Patrząc w lustro uśmiechasz się do swojego odbicia.

Delikatnie masujesz ciało i wcierasz w nie masło shea.

Przechadzając się wśród wieszaków w ulubionym sklepie odzieżowym dokładnie wiesz, czego szukasz.

Ten fason, ten kolor, ten materiał, ta spódnica.

Dbasz o to, co znajduje się na Twoim talerzu, ale nie odmawiasz sobie przyjemności.

Nie znasz powodu, dla którego miałabyś to robić.

Ćwiczysz, gdy czujesz, że tego potrzebujesz i chcesz, dla siebie.

Otaczasz się życzliwymi ludźmi, dla nich masz czas.

Kochasz i czujesz się kochana. Uwielbiasz się tak czuć!

Sięgasz po książkę, która poruszy w tobie odpowiednią strunę, dokładnie tę.

Mówisz „tak”, bo chcesz, mówisz „nie” bo możesz.

Jesteś tak bardzo tu i teraz.

 

13 lipca 2017

przez żołądek do serca

Nie wychowałam się w domu, gdzie celebrowano wspólne posiłki,

gdzie każdy weekend pachniał ciastem,

a ja mogłabym podglądać krzątającą się przy garnkach babcię.

Jako podlotek miałam ograniczony repertuar potraw, które podbiły moje serce,

do łazanek przekonałam się jakoś dopiero pod koniec szkoły podstawowej.

Mniam!

Dziś wspominam z nostalgią tzw. pampuchy z sosem jagodowym, które robiła mama,

zupę gulaszową, placki ziemniaczane.

Zapach maminego sosu uruchamia moje ślinianki (o dziwo, mojego syna też!)

chociaż go nie jadam, ponieważ od prawie dwóch lat jestem weganką.

Moja przygoda z kucharzeniem zaczęła się właśnie w momencie,

gdy świadomie wybrałam drogę roślinożercy.

To był przełom!

Z zupełnej kulinarnej ignorantki,

która najchętniej odgrzewała podarowane przez teściową pierogi,

stałam się pasjonatką książek kucharskich,

mieszania, pieczenia, lepienia wegańskich burgerów i zamykania w słoiku sosu śliwkowego.

Uruchomiłam głęboko ukryty zapłon, który czekał na ten czas.

Ogień!

Prawdziwą radość zaczęły sprawiać mi zakupy na lokalnym ryneczku,

oglądanie, dotykanie warzyw, wąchanie ich zapachu,

a w konsekwencji przygotowywanie z nich wartościowych i smacznych posiłków.

Zrozumiałam, że w gotowanie też mogę włożyć całe serce,

choćby po to, by karmić siebie i tych, na których mi zależy.

Mogę w ten prosty sposób pokazać komuś, że o nim ciepło myślę.

To lepsze niż kupienie w pośpiechu prezentu w galerii.

Ofiarowuję nie tylko swój czas, to coś więcej, coś niepoliczalnego.

 

W kuchni targają mną emocje, całe morze emocji,

od euforii, po ciekawość, oczekiwanie i chwilami rozczarowanie.

Uczę się cierpliwości, tego, by próbować po raz kolejny, do skutku,

a doglądanie rosnącego ciasta przez szybkę piekarnika to najskuteczniejsza terapia na gorszy dzień.

Niezawodna i darmowa!

Szczęście dostępne na wyciągnięcie ręki…

(może być ubrudzona mąką)

<3