13 lipca 2017

przez żołądek do serca

Nie wychowałam się w domu, gdzie celebrowano wspólne posiłki,

gdzie każdy weekend pachniał ciastem,

a ja mogłabym podglądać krzątającą się przy garnkach babcię.

Jako podlotek miałam ograniczony repertuar potraw, które podbiły moje serce,

do łazanek przekonałam się jakoś dopiero pod koniec szkoły podstawowej.

Mniam!

Dziś wspominam z nostalgią tzw. pampuchy z sosem jagodowym, które robiła mama,

zupę gulaszową, placki ziemniaczane.

Zapach maminego sosu uruchamia moje ślinianki (o dziwo, mojego syna też!)

chociaż go nie jadam, ponieważ od prawie dwóch lat jestem weganką.

Moja przygoda z kucharzeniem zaczęła się właśnie w momencie,

gdy świadomie wybrałam drogę roślinożercy.

To był przełom!

Z zupełnej kulinarnej ignorantki,

która najchętniej odgrzewała podarowane przez teściową pierogi,

stałam się pasjonatką książek kucharskich,

mieszania, pieczenia, lepienia wegańskich burgerów i zamykania w słoiku sosu śliwkowego.

Uruchomiłam głęboko ukryty zapłon, który czekał na ten czas.

Ogień!

Prawdziwą radość zaczęły sprawiać mi zakupy na lokalnym ryneczku,

oglądanie, dotykanie warzyw, wąchanie ich zapachu,

a w konsekwencji przygotowywanie z nich wartościowych i smacznych posiłków.

Zrozumiałam, że w gotowanie też mogę włożyć całe serce,

choćby po to, by karmić siebie i tych, na których mi zależy.

Mogę w ten prosty sposób pokazać komuś, że o nim ciepło myślę.

To lepsze niż kupienie w pośpiechu prezentu w galerii.

Ofiarowuję nie tylko swój czas, to coś więcej, coś niepoliczalnego.

 

W kuchni targają mną emocje, całe morze emocji,

od euforii, po ciekawość, oczekiwanie i chwilami rozczarowanie.

Uczę się cierpliwości, tego, by próbować po raz kolejny, do skutku,

a doglądanie rosnącego ciasta przez szybkę piekarnika to najskuteczniejsza terapia na gorszy dzień.

Niezawodna i darmowa!

Szczęście dostępne na wyciągnięcie ręki…

(może być ubrudzona mąką)

<3

 

Tags :